Home | Sklep | Nasze sprawy | Kontakt | Links | Szukaj



Jak to z trocią było, czyli początki...troci na muchę w Polsce.

Wspomnienia Maćka Stolarczyka, jednego z prekursorów połowu pomorskich troci na muchę .........

PRAPREMIERA
Moje najwspanialsze wspomnienia z Pomorza wiążą się z pierwszą wyprawą z muchówką na trocie. Śmiem twierdzić, że ta wyprawa na dobre rozpoczęła historię łowienia troci na muchę w Polsce. Kiedy z początkiem lat osiemdziesiątych po raz pierwszy znalazłem się nad Parsętą, wyprawa ze spiningiem w ręku zakończyła się totalną klęską. Mimo to marzenia o trociach nie dawały mi spokoju. Fascynowała mnie metoda muchowa. W kręgu krakowskich muszkarzy co jakiś czas wracał temat łowienia troci na sztuczną muchę. Józef Jeleński twierdził, że to możliwe i że potrafi łowić trocie na muchę. Nie bardzo wierzyliśmy w te przechwałki. Przeważała opinia, że metoda muchowa jest do łowienia troci najmniej odpowiednia. W końcu nawet nestorzy krakowskiego muszkarstwa wyprawiali się przed laty na dunajeckie trocie i łososie ze spiningiem, a nie z muchówką. Po wielu dyskusjach postanowiliśmy z Adamem Sikorą przekonać się o tym na własnej skórze i na początek 1983 roku zaplanowaliśmy wspólną wyprawę. W tych czasach sezon połowu troci zaczynał się jeszcze pierwszego lutego. Postanowiliśmy pojechać parę dni wcześniej, żeby "w warunkach bojowych" dograć sprzęt, muchy i sposób łowienia. Nasze mgliste wyobrażenia o łowieniu troci na muchę czerpaliśmy tylko z literatury i kilku zasłyszanych opinii. Naszymi atutami była nadzieja i doświadczenie w łowieniu na muchę. Trzydziestego stycznia dotarliśmy do Słupska. Zanim się rozgościliśmy w hotelu i naszykowali sprzęt, wybiło południe. Wreszcie rozpostarła się przed nami wymarzona Słupia. Pogoda też była "wymarzona": padał marznący deszcz, wiało, a termometr wskazywał około zera. Z godzinę zajęło nam dobranie zestawów do wody. Pozostawało tylko konsekwentnie łowić. Wciąż jeszcze trwał okres ochronny dla troci i obowiązywał zakaz spinningowania, więc byliśmy nad rzeką sami. W tych warunkach obecność dwu wędkarzy w samym środku miasta musiała wywołać zainteresowanie. Podszedł do nas major milicji. Spieszył się na służbę a jednak znalazł chwilkę żeby nas skontrolować. Przyjął nasze wyjaśnienia, że łowimy na muchę legalnie i nie mamy zamiaru zabierać troci. Życzył nam powodzenia.

(pierwsze trociowe)
Rozdzieliliśmy się z Adamem. On poszedł w górę rzeki i zaczął łowić naprzeciw budynku sądu, a ja zszedłem nieco w dół i stanąłem powyżej mostu Kilińskiego. Wybrałem to miejsce bo mogłem tam zarzucić muchę w sposób choć trochę przypominający klasyczny rzut. Pierwszych kilka rzutów pod przeciwległy brzeg i sprowadzenie muchy po łuku nie przyniosło rewelacji. Jednak już zacząłem "czuć" muchę. Rzut i dwa kroki w dół rzeki dla zatopienia linki, przytrzymanie i prowadzenie muchy po łuku do mojego brzegu. Kolejny rzut i... tępy zaczep na środku rzeki. Odruchowo zacinam i czuję pulsujący ciężar na końcu linki.

(prawie metr)
Dociera do mnie, że mam rybę! Młynkujący kelt spływa do mojego brzegu i po krótkim holu jest przy burcie. Skracam linkę i podchodzę do stojącej przy palikach ryby. To jest troć! Jeszcze nie bardzo w to wierzę ale jest. Patrzę na rybę. W moich oczach jest najpiękniejsza. Stoi spokojnie przy brzegu. Chwytam za muchę i wypinam ją z pyska ryby. Jest już wolna ale jeszcze nie odpływa. Delikatnie odpycham ją ręką. Powoli porusza ogonem i znika w wodzie. Teraz dopiero dociera do mnie, że to była moja pierwsza troć, o której nieśmiało tyle lat marzyłem. Ależ mam szczęście! W głębi duszy jestem przekonany, że to był cudowny przypadek. Na pewno przypadek, bo przecież troci nie da się złowić na muchę. Zaczynam łowić dalej. Znów rzut pod drugi brzeg, dwa kroki w dół rzeki, przytrzymanie linki i... znów tępy zaczep, tym razem blisko przeciwległego brzegu. Już nawet nie zacinam tylko lekko unoszę wędzisko. Jest kolejna ryba. Po krótkim holu mam ją pod nogami. Oceniam jej długość na jakieś 70 cm. Tym razem mucha jest solidnie wbita w nożyczki i wyhaczam ją szczypczykami. Przepiękna ryba majestatycznie odpływa. Stoję na brzegu i nie chce mi się wierzyć, że w niecałe dziesięć minut złowiłem dwie trocie. Dociera do mnie, że to już nie mógł być przypadek. Nie wytrzymuję i pędzę do Adama.
- " Adaś, złowiłem dwie trotki !"
Oczywiście nie chce uwierzyć więc opowiadam mu szczegółowo o wszystkim.
- " Na jaką muchę ?"
Pokazuję mu to co zostało z mojego pięknego Jock Scota. Goły hak z pęczkiem włosia wiewiórki na grzbiecie i resztką jeżynki. Adam jeszcze nie wierzy, ale widzę, że zaczyna łowić z większym zapałem. Długi rzut pod drugi brzeg - tak jak mu mówiłem - dwa kroki w dół, przytrzymanie linki i ... jest! " Mam!" - krzyczy Adaś i po chwili jego pierwsza troć jest tuż przy brzegu. "To dragon, istny smok!" "Smok" ma może 50 cm, ale to przecież pierwsza, wymarzona troć!
Powoli nastaje zimowy wieczór. Chociaż można jeszcze łowić, zwijamy sprzęt i wracamy do hotelu tuż nad rzeką. Z okien naszego pokoju widać most Kilińskiego i majestatycznie płynącą pod nim Słupię. Długo w noc rozmawiamy i smakujemy z Adamem wrażenia pierwszego dnia. Ten smak pamiętam do dziś. Krok po kroku analizujemy nasz sukces. A sukces jest niewątpliwy! Złowiliśmy przecież trzy trocie. Na takie wyniki niektórzy wędkarze czekają latami. Ustalamy, że następnego dnia będziemy nad wodą o świcie.

(późniejsze,
już prostsze wzory)
Pobudka o piątej rano, szybkie śniadanie i już przed szóstą jesteśmy nad wodą. Do regulaminowej godziny pozostało jeszcze kilkanaście minut. Wokoło całkowity mrok i tylko latarnie miejskie pozwalają nam zmontować wędki. Jestem szybszy i pierwszy zaczynam łowić. Adam jeszcze męczy się ze sznurem, kiedy w trzecim rzucie mam branie. Zacinam i już wiem, że to kolejna troć. Emocje nie są już takie wielkie, jak poprzedniego wieczoru. Po krótkim holu ryba jest przy brzegu. Adam pomaga mi ją odczepić. Przechodzi jakiś wędkarz. Pyta czy już zaczął się sezon. Wyjaśniam mu, że dopiero od jutra będzie można łowić na spinning. Razem oglądamy i wypuszczamy rybę. Spinningistę ciekawi jak to się łowi na muchę. Pokazuję mu: "Trzeba zarzucić pod drugi brzeg, poprawić linkę żeby zatonęła i przytrzymać zestaw..." W tym momencie szarpnięcie. Zacinam i druga troć młynkuje na środku rzeki. Piękna samica około 75 cm po chwili jest już przy brzegu. Na moście zatrzymuje się milicyjna nyska i wysiada nasz znajomy major. Triumfalnie pokazujemy mu rybę i na jego oczach wpuszczamy do wody. Kiwa z niedowierzaniem głową. Pewnie pierwszy raz w życiu widzi takich "wariatów".
Rozdzielamy się z Adamem i penetrujemy cały słupski odcinek rzeki, od jazu aż po most czołgowy. Po czterech godzinach spotykamy się przy hotelu. Każdy z nas miał na wędce po kilka troci. Nieważne, trzy czy cztery. Bez słów wymieniamy uśmiechy od ucha do ucha. Od dziś wszystkie trocie "są nasze".

KOSEKWENTNIE W PÓŁ WODY
Łowiąc kelty na muchę zazwyczaj prowadzę przynętę w pół wody. Żerujące trocie wychodzą do muchy nawet półtora metra nad dno. Oczywiście nie zawsze są aktywne. Prędzej czy później nadchodzi jednak chwila, że zaczynają żerować. Dlatego mój sposób łowienia polega na systematycznym obławianiu jednego lub dwóch dobrych miejsc w oczekiwaniu momentu żerowania. Daje to takie same efekty, jak prowokowanie troci muchą przepuszczaną jej tuż przed pyskiem. Finezyjne łowienie w pół wody jest łatwiejsze i przyjemniejsze, niż "oranie" muchą dna. Nie bez znaczenia jest też, że urywam dziennie kilka, a nie kilkanaście much.

Metoda i zestaw.

Łowię klasyczną metodą mokrej muchy. Do szybko tonącej linki (co najmniej czwarty stopień tonięcia w sześciostopniowej skali) dokładam zwykle około półtora metra lead-coru. Używam cienkiego lead-coru (z rdzeniem o średnicy 0,6 mm), bo rozłożenie obciążenia ułatwia rzuty. Staram się dawać jak najmniejsze obciążenie, na tyle tylko, żeby dało się prowadzić muchę w poprzek nurtu na metr, półtora metra pod powierzchnią wody. Lead-core łączę z linką poprzez łączniki zakończone pętelkami. Ułatwia mi to wymianę obciążenia i dostosowanie go do głębokości i uciągu nurtu w konkretnym miejscu. Przypon długości pół metra. Ze względu na zaczepy wiążę go z żyłki 0,35 mm.
Po rzucie w dół rzeki, na ukos pod drugi brzeg, poprawiam linkę, i często jeszcze postępuję dwa kroki w dół rzeki, żeby ułatwić jej zatonięcie. Potem przytrzymuję zestaw, a mucha spływa po łuku pod mój brzeg. Po wyprostowaniu linki przerzucam zestaw. Brania podczas spływania muchy w poprzek rzeki są wyraźnie wyczuwalne jako przytrzymania albo uderzenia. Troć chwytając muchę musi odchylić się w bok i potem nawrócić głową pod prąd. Chociaż nie potrafię powstrzymać odruchu zacięcia, ułożenie linki i nawrót ryby powodują, że hak jest zawsze pewnie wbity w "nożyczki". Nie podciągam muchy pod prąd, bo wtedy troć skubie ją od tyłu. Brania są trudno wyczuwalne i zacięcia często się nie udają. Ryby mają hak wbity przeważnie w czubek pyska i zwykle spadają w czasie holu.

Taktyka.

Z biegiem lat oduczyłem się przebiegania z wędką kilometrów rzeki. Wolę obłowić jeden albo dwa odcinki, ale za to dokładnie. Wybieram miejsca gdzie ja sam, albo ktokolwiek przy mnie złowił kelta. I to są "bankowe" miejsca, gdzie ryby co roku się zatrzymują.
Wybrane miejsce obławiam co najmniej cztery razy, za każdym przejściem zmieniając muchę. Potem szukam w pobliżu następnego miejsca i tam z kolei przechodzę cztery razy z różnymi muchami. Łowię tak na zmianę raz w jednym, raz w drugim miejscu. Jak po dwóch, trzech godzinach nie mam brań, zwiększam o kilkadziesiąt centymetrów długość lead-coru, żeby łowić nieco głębiej, jednak cały czas nad dnem. Jeżeli zobaczę spławiającą się troć, to nie zmieniam już miejsca, tylko podrzucam rybie muchę tak długo, aż się doczekam brania. Nieraz trwa to wiele godzin. Raz zobaczyłem bardzo dużą troć i stałem "nad nią" 10 godzin, ale ją w końcu złowiłem. Przemierzając kilometry rzeki można mieć pecha i w tym najważniejszym momencie, kiedy kelty biorą, łowić w miejscu bezrybnym.
Na pomysł swojej taktyki wpadłem parę lat temu w Słupsku. Zobaczyłem w pewnym miejscu trzy wychodzące trocie i zacząłem tam konsekwentnie łowić zmieniając tylko co jakiś czas muchy. Koledzy namawiali mnie na zmianę miejsca, ale pod wieczór doczekałem się brania. Na drugi dzień łowiłem w tym samym miejscu. I znów pod wieczór złowiłem rybę a mój kolega drugą.
Prowadząc przynętę w pół wody i urywając jedną, dwie muchy dziennie mam tyle samo brań co przy łowieniu przy dnie i stracie kilkunastu much.
Muchy są, moim zdaniem, najmniej ważne w łowieniu troci. Sprowadzam je do czterech kategorii: mała jasna, duża jasna, mała ciemna i duża ciemna. "Mała" to dla mnie znaczy nr 1 - 3, "duża" - nr 2/0. Żeby mieć pewność dobrego dobrania muchy obławiam każde miejsce co najmniej cztery razy, za każdym przejściem zakładając muchę innej kategorii. Jeśli troć nie uderzyła, to dla mnie znak, że nie żeruje.

Maciej Stolarczyk "Latimer"
Kraków







Home | Co w koszyku | Jak kupować |
Suche | Mokre | Emergers | Nimfy | Streamery & Muddlery | Łososiowe | Szupakowo-głowacicowe | Systemy muchowe
Kamizelki muchowe i kurtki | Spodniobuty i "śpiochy", wodery, buty, skarpety | Podbieraki | Pudełka muchowe | Podkład | Indykatory | Żyłki | Noże | Linki muchowe | Przypony | Kołowrotki | Inne akcesoria
Nasze sprawy | Galeria | Muchowe początki | Forum | Księga gości | Komis | Nasze muchy | Tapety
Kontakt | Links

2002 WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE, design & made by INVICTA