Home | Sklep | Nasze sprawy | Kontakt | Links | Szukaj



Cholerzyn na "gorąco", czyli lato 2006 na łowisku



Piękny, prawie 15 hektarowy kawałek lekko mglistej (nieznaczna zawiesina), ale mocno prześwietlonej wody o bardzo wąskim pasie brzegowym stromo schodzącym do głębokości 8-9 m.
Dno twarde, gliniasto-piaszczyste, prawie płaskie, bezzaczepowe. Występuje tutaj sporo dużego karasia (20 cm i większe, w dodatku ładnie reagują na przynęty muchowe), zdarzają się półmetrowe okonie, ładne szczupaki, sandacze. Trafiły się nawet zgrabne sumy, w tym jeden na muchę. Wszystko w znacznej asyście kiełbi, drobnych okoni, strzebli. Do naturalnych mieszkańców jeziora dołączyły spore ilości, bo prawie 3000 szt. łososiowatych; pstrągi tęczowe, potokowe i źródlane oraz łososie. Ryby w wielkościach 30-60 cm i doskonałej kondycji. Niestety konstrukcja zbiornika powoduje, że jest on środowiskiem niezbyt żyznym, raptem kilkumetrowy litoral nie jest w stanie wytworzyć odpowiedniej ilości masy pokarmowej, a co za tym idzie wszelkich wodnych żyjątek jest tam niewiele.
O tyle to wszystko utrudnia łowienie, że nie można bezpośrednio przenosić ogólnie znanych zasad lake fishing stosowanych na zbiornikach przepływowych i o bogatym litoralu. W dodatku mimo sporej głębokości woda się bardzo szybko nagrzewa, 26 stopni na powierzchni i 19 przy dnie, to bardzo dużo, gdy przekroczy 21-22 stopnie ryby definitywnie przestaną żerować. Nie zanosi się na długie i radykalne ochłodzenie, więc wysoka temperatura wody utrzyma się zapewne do połowy września. Niewielka falka dodatkowo troszkę dotlenia warstwę powierzchniową, ale i stwarza różne podwodne prądy mieszające wodę, niestety to właśnie powoduje ocieplenie się strefy przydennej. Lekka bryza raczej nie utrudnia łowienia, wręcz przeciwnie zwiększa jego komfort.
Jak łowić w takich warunkach?
Przede wszystkim głęboko, nad samym dnem i powoli. Najlepiej z różnych pływadełek typu Float Tube, rodzimie zwane po prostu "kółkiem", takiej swobody nie daje żadna łódka. Łatwość przemieszczenia się w dowolnym kierunku, duża "regulacja prędkości", bezpośredni kontakt z wodą, a przy tym wolne ręce. Sznury w całości tonące typu extra fast (S III) i super extra fast (S IV), wydaje się że taki zestaw układa się najlepiej. Leadcore nie jest najlepszym rozwiązaniem gdyż "schodzi" za szybko przez co i muchy zbyt szybko się przemieszczają. Długie, kilkumetrowe przypony nie są niezbędne, klasyczne 2-3 metry w zupełności wystarczają, żyłka 0,16-0,20 też. Kij dowolnej klasy, lecz jednak nie krótszy niż 9', jest nim łatwiej utrzymać rybę szybko płynącą w naszym kierunku, jednocześnie pośpiesznie wybierając linkę. A jest co wybierać bo bywa tego ponad 30 metrów Najważniejszym elementem jest jednak odpowiednia technika prowadzenia zestawu i konstrukcja muchowej linki. Najlepiej łowić takim muchowym trollingiem, tzn. płynny rzut powiedzmy na 12-15 metrów ( "z koła" i tak jest trudno rzucić powyżej 20 metrów), następnie spokojnie odpływamy wysnuwając cały sznur (aż do podkładu), w tym czasie wcześniej rzucona linka spokojnie sobie tonie. Rzeczywiście spokojnie, dobrej klasy linka tonie ok. 12-15cm/sek czyli mamy na to prawie półtorej minuty, ale to tylko teoria, przy najmniejszej fali, podwodne prądy znacznie wydłużają to tonięcie. Gdy już mamy wyciągnięty cały sznur i muszki w pobliżu dna możemy stosować kilka technik ich prowadzenia;
1. powoli odpływamy napinając linkę i cały czas trzymamy ją w ręce, tylko w ten sposób poczujemy branie, bywają one nad wyraz delikatne, takie lekkie trącenie bez powtórzenia. Delikatnym podszarpywaniem linki możemy uatrakcyjniać prace muszek. Przypominam zacinamy zawsze z ręki, a dopiero później podnosimy kij w celu utrzymania kontaktu z rybą.
2. 10-20 raczej wolnych "agresywnych" pociągnięć i odpłynięcie z wysnuciem właśnie ściągniętej linki, i znowu te kilkanaście "agresywnych" i odpłynięcie z wypuszczeniem sznura i znowu powtórka,...i tak, "płetwa za płetwą", powoli zwiedzamy cały zbiornik. Jak najbardziej można próbować przeróżnych modyfikacji takiego prowadzenia, natomiast w takich warunkach sama zasada wydaje się jak najbardziej słuszna, a i praktyka wskazuje że się sprawdza. W ten sposób nie tracimy czasu na kolejne rzuty i czekanie na zatopienie się muszek, zawsze mamy je w pobliżu dna. Przy tak głębokim łowieniu musimy też z reguły uwzględnić różne podwodne prądy.
Obecne doświadczenia wskazują, że ważniejsza jest głębokość i sposób prowadzenia przynęty niż ona sama. Skuteczne okazują się wszelkie subtelnie wykonane imitacje wylęgu, więc tonacja srebrno-biało-kremowo-oliwkowa i niewielkie rozmiary (2-3 cm). O tyle jest to dziwne, że na dużej głębokości nie bytuje wylęg, a przy samym brzegu jest za ciepła woda by łososiowate mogły tam spróbować tego specjału. Czasem się sprawdzają ciemne (czarne) matuki, takież muddlery, z pewnością również będą skuteczne mokre klasyki typu Royal Coachman, Silver March Brown, różne mallardy, teale czy podobne. Wszystko jednak niewielkie 12-6. I bardzo trudno wyjaśnić dlaczego akurat te, oczywiście tę regułę potwierdzają sporadyczne pobicia bardzo agresywnie prowadzonych kolorowych fly-jigów (puchowczyki na tungstenach).
Oczywiście częstym odstępstwem jest też nieprzewidywalne zachowanie świeżo wpuszczonych ryb. Potrafią one przez kilkanaście dni przebywać bezpośrednio na przybrzeżnym stoku, a nie w głębinach. Takie ryby całkiem dobrze reagują na przynęty muchowo-spinningowe, więc łowienie ich z brzegu ma uzasadniony sens i bywa bardzo skuteczne.
Jak zwykle początki bywają trudne i pierwsze sukcesy mamy dopiero po kolejnych dniach spędzonych na łowisku, trzeba to potraktować jako regułę i nie zrażać się początkowymi niepowodzeniami. Kilku kolegów (Staszek Babicz, Maciek Stolarczyk) dość regularnie łowi tutaj komplety łososiowatych, mimo upałów, bez względu na porę dnia, a często samo południe w gorący dzień wydaje się lepsze niż poranek czy wieczór. Z tym, że też trzeba sporo popracować (czytaj; popływać) by to osiągnąć.
Tej praktyki za wiele jednak nie ma, w końcu to dopiero początki funkcjonowania łowiska czyli Rok I, w roku II-gim będziemy już znacznie mądrzejsi.
Ostatnie dunajcowe doświadczenia z muchówką w dłoni, a raczej ich brak, jednoznacznie wskazuje atrakcyjność tego typu jeziorowego łowiska, są spore ryby, jest szansa ich złowienie, wszystko pod nosem dużego miasta. Przy okazji, rzekłbym za frico, można zdrowo potrenować różne mięśnie przemieszczając się "na płetwach" te kilka czy nawet kilkanaście kilometrów. Czysty zysk.
I jeszcze jedno, holowane pstrągi czy łososie są bardzo waleczne, niestety w obecnych temperaturach każdą złowioną rybę powinniśmy zabrać, wypuszczanie jej po prostu nie ma sensu i tak nie przeżyje.

GS
  • masz uwagi, pytania, chcesz wiedzieć więcej?...
    zapraszamy na   f o r u m












  • Home | Co w koszyku | Jak kupować |
    Suche | Mokre | Emergers | Nimfy | Streamery & Muddlery | Łososiowe | Szupakowo-głowacicowe | Systemy muchowe
    Kamizelki muchowe i kurtki | Spodniobuty i "śpiochy", wodery, buty, skarpety | Podbieraki | Pudełka muchowe | Podkład | Indykatory | Żyłki | Noże | Linki muchowe | Przypony | Kołowrotki | Inne akcesoria
    Nasze sprawy | Galeria | Muchowe początki | Forum | Księga gości | Komis | Nasze muchy | Tapety
    Kontakt | Links

    2002 WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE, design & made by INVICTA